wtorek, 24 lutego 2015

Ostatni poniedziałek miesiąca... czyli wspólnota kulinarna








No i okazało się, że ja niekoniecznie potrafię zrobić risotto...
To znaczy umiem, owszem, ale tylko na oko i w każdym razie nie aptecznie...

A moja koleżanka wciąż mnie zaskakiwała znajomością proporcji... no, ciekawe dlaczego?

A więc...
Najpierw okazało się, że nie daję na początek cebuli tylko trochę potem, dopiero po krótkim usmażeniu ryżu arborio. Potem, to nawet nie wiem ile się dodaje bulionu, bo też zawsze i w zależności od tego ile mam ryżu na patelni dolewam... Albo używam zamrożony i przechowywany w woreczkach do lodu, albo robię na szybko dodając kostkę bulionową i wodę... Takie sobie proszę Państwa robię rzeźby w kuchni, na patelni...

Potem, i znów nie na samym początku wg właściwej receptury, dodaję wino białe - tutaj dodałyśmy szczep polski - Seyval - Panu Markowi D. i jego wyrobom z Tymbarka gratulujemy!

Dodając bulionu domowego i wina na zmianę odparowywało i nasiąkało na naszej patelni...

Potem pieprz, w międzyczasie pieczarki, do tego pod sam koniec groszek mrożony i parmezan...
Dość dużo parmezanu...

Kiedy było już gotowe posypałyśmy natką i tak sobie zajadałyśmy...

Agnieszka, ja i risotto świętowaliśmy ostatni poniedziałek miesiąca...
Było mniam!!!

wtorek, 17 lutego 2015

Lots Of Love, czyli dobrze się bawiliśmy...




Jakąś chwilę temu dobrze się z dzieciakami bawiliśmy!

To jeszcze przed Walentym, ale już nam było miłośnie..
Zrobiliśmy mufins, takie z opakowania, bo dzieci lubią najbardziej...

A potem? Potem robiliśmy zdjęcia i dzieliliśmy słodkości pomiędzy trzy poszczególne domy...

W środku ciemych mufins była konfitura wiśniowa, a jasne posypane kwadratowymi, czekoladowymi drobnostkami.

Chyba dobrze się bawiliśmy...

I mam nadzieję, że nasze pieczenie powtórzymy jeszcze nie raz, nie dwa...

LOL...
Lots of Love!!!

wtorek, 10 lutego 2015

Derniers jours... czyli stałam pod Wieżą...


Już w Varsovie...

Ale jeszcze kilka dni temu czułam dość zimny powiew paryskiego wiatru...

Szczególnie tam wysoko na Wieży! 

Dobrze tylko, że nie wjechałam na samą górę...
Ale widok z drugiego piętra Wieży na Pola Marsowe też był zachwycający... 
A oto i on! 
A także kulinarna relacja z wędrówek po Paryżu...

Wybierzcie się tam, to piękne miasto!






















wtorek, 3 lutego 2015

Amarantous Tour



Kiedy będziecie to czytać, ja niechybnie będę stała pod Wieżą...

Będę wdychała paryskie powietrze i rozkoszowała  moje oczy dziełami sztuki, a uszy pięknem francuskiego języka.

Dzisiaj wieża z amarantusa, choć a la Eiffla...

Słodkość ta powstała dzięki Pati od której "podkradłam" przepis, Pati dzięki, zasyłam całusy...

Podwójna porcja składająca się ze 100 gramów amarantusa, 100 gramów żurawiny (pokrojonej drobno), czekolady białej (2x100 g), mleczka skondensowanego słodzonego (160 gramów), dwóch łyżek oleju.

Białą czekoladę rozpuszczamy w wodnej kąpieli i potem mieszamy z mleczkiem i całą resztą. Następnie wkładamy w blaszkę wyścieloną papierem do pieczenia i dość solidnie ugniatamy, można położyć papier do pieczenia i dopiero na nim ugniatać - to też patent Pati - dzięki! Moja wieża była ugniatana bez papieru i ułożona na blachę. Taką dużą... z piekarnika...

Piec w temperaturze ok. 170 st. Celsjusza przez ok. 10 min. Gdy się zarumieni, wyłączyć. Wieża piekła się ciut dłużej i dlatego jest bardziej chrupiąca, ot co!

Pyszna sama w sobie, wprost urzekająca!!!
Smakuje w towarzystwie jogurtu naturalnego i smakuje w samotności...

Słodko...
Chrupiąco...
Po parysku...



wtorek, 27 stycznia 2015

Przebiśniegi... czyli moja wiosna już blisko...




W sobotę ze słoika wypełnionego pieniędzmi na przyjemności kupiłam warzywa, i przyrządziłam sobie zapiekane frytki warzywne z ziemniaków, marchwi i pietruszki… Dokładnie takie, jak podawaliśmy do pstrąga na Karaibach… czas przygotowania do 20 min. potem piekarnik następne 20 min.

W niedzielę, z tego samego słoika, pozwoliłam sobie na innego rodzaju przyjemności… Skosztowałam oliwek zielonych, a na deser miałam ulubione lody Grycana, w śmietanowym smaku polane konfiturą domową porzeczkowo-jagodową… Czas przygotowania 2 min.

Wczoraj zaś pozwoliłam sobie na przebiśniegi… Tak je nazwałam, bo pomyślałam, że cykoria swoim zielonym kolorem zwiastuje nadejście wiosny, tak jak one…

Jeden z Kreatorów chciał jakieś szybkie danie… i to właśnie jest takie szybkie danie, choć nie na ciepło. Ale za to znakomita przekąska! Czas przygotowania... Było tak błogo, że o nim zapomniałam, choć z pewnością nie było go dużo!

No ale… Do rzeczy! Żebym nie była gołosłowna… Elu… zrobiłam te zawijasy z baleronu Coppa i niniejszym dedykuję wytwórcom! Zatem baleron Coppa, długodojrzewający i szynka szwardzwalska, a w nich serek kozi. Cykoria, plastry gruszki, rodzynki, winne grono bezpestkowe… Posypane parmezanem…

Z przyjemnością odpoczęłam na kanapie…

Przebijając się do wiosny…

Między Bordeaux a Parmą…

wtorek, 20 stycznia 2015

Pstrągi na Karaibach




Pstrągi wybrały się na wakacje na Wyspy Karaibskie...
Można powiedzieć, że pojechały nad jezioro Mango, albo że odpoczywały pławiąc się w jeziorze Mango, czasem wychodząc na brzeg z pieczonymi warzywami...

Karaibskie klimaty, to głównie sos złożony z mango, imbiru... ale też dwa średnie pomidory, trzy ząbki czosnku, szklanka bulionu rybnego, łyżeczka estragonu, pieprzu i soli, średnia cebula i dymka, a i do tego łyżeczka brązowego cukru...

Wszystko to należy pokroić i zblendować. A następnie dodać sos do usmażonego wcześniej pstrąga/ów, które są w panierce mącznej, a smażone są na maśle.

Najpierw, otóż, smażymy pstrągi. Po pięciu minutach zdejmujemy je z patelni, i wlewamy sos, który miesza się w ten sposób z masłem. Następnie wkładamy pstrągi i dusimy na małym ogniu przez kwadrans.

I tak, w ten oto sposób, przenosimy się na słoneczne wyspy.

Można do tego pieczone warzywa... otoczone olejem rzepakowym i pieczone w piekarniku przez 20 minut i sałatkę karaibską (sałata lodowa, ananas, rukola, orzechy nerkowca, sos do sałatki).

Było dobre jedzenie i dobra zabawa!
Yeah!


wtorek, 13 stycznia 2015

Obiektywnie taki sobie...


Goście nie byli zachwyceni... choć często bywali...

A subiektywnie??

Dobry dopiero czwartego dnia od upieczenia...

Biszkopt portugalski, na który przepis znajdziecie tutaj... a ja najzwyczajniej w świecie, nie wiem co poszło nie tak... zawsze był mokry, bez namaczania, to znaczy bez ponczowania...

A tym razem coś poszło nie tak... może ja już zatraciłam zdolność pieczenia, a umiem tylko szyć fartuchy? Może miałam zły humor? Może pogoda nie była taka jak trzeba? A może nazwyczajniej w świecie miałaaaam dużżżą ochotę przenieść się na Saharę... gdzie wiadomo, że jest całkiem sucho?

Nie... a może dlatego, że dałam do ciasta 10 a nie osiem żółtek? oto jest pytanie?

Pozostawiam je retorycznym...

A sama idę zjeść jeszcze kawałek!

wtorek, 6 stycznia 2015

Chwilowo...




Chwilowo nie mam czasu na gotowanie...

Otóż, zajęłam się - powiedzmy, że chwilowo - upiększaniem pobytu w kuchni. Pamiętacie pewnie fartuch, który sobie uszyłam z miłości do kuchni...

Teraz siedzę więc w szwalni i tworzę... Jestem właśnie na etapie przygotowywania serii na święto Świętego Walentego. A oto jej przedsmak...

Wiem, co prawda, że może nie jest to dobra pogoda aby wybierać się na rower...
Ale zawsze można, oprócz przygotowania czegoś dobrego do jedzenia w kuchni, podać również serce na dłoni...

I takie jest moje przesłanie na najbliższy tydzień...
Życzę Wam wszystkim dużo serc na dłoni!

wtorek, 30 grudnia 2014

Jeszcze pod choinką, choć myślami już we Francji...



A więc jeszcze pod choinką...
Nie tylko ja, ale i moje prezenty również!
Jak było u Was? U mnie w tym roku biletowo...

Czyli: bilet na sylwestra, bilet do Paryża i bilet do kina...
no nie, oprócz tego czekolada biała z płatkiem różowym róży oraz balsam anielski do ciała aloesowego...

Tak więc widzicie... jeszcze myślami jestem pod choinką, na której zawiesiłam w tym roku plastry pomarańczy z goździkami wysuszone w piekarniku oraz serca-rękodzieła własnego szycia w szwalni...

A na ten ostatni czas 2014 roku zrobiłam sobie a`la ratatouille...
Wcale, ani to wcale nie jest to do niego podobne, ale będę tak to nazywać, bo wygląda tak samo w plasterki jak ratatouille z mego filmu ulubionego...

Otóż... pokroiłam w plasterki cienkie polędwiczkę wieprzową, champignons de Paris (tj. pieczarki) oraz ziemniaki, a na koniec na wierzch porzuciłam plasterki czosnku i brukselki. Wszystko to skropiłam dużą dozą oliwy z oliwek przez mamę z samego serca Sycylii przywiezioną... A na to zioła prowasalskie być powinny... ale ja dałam jakie miałam... a z tymi prowansalskimi mieszankami jest tak, ponoć, że tam każden kucharz ma swoją, co jest strzeżoną tajemnicą największą...

A ja dałam oregano li tylko!

Dodałam pieprzu, soli czarnej bodaj z Islandii... i włożyłam do piekarnika na ok. 40 min. do temp. 150 st. C.

i potem zajadałam się... skropiwszy posiłek lampką wina szlachetnego, białego...
Lieblich!

Dobrego ROKU!!!
2015!!!


poniedziałek, 24 listopada 2014

Z pozdrowieniem dla Tatarów ze Studzianki!



Prawie już o tej wizycie zapomniałam, przyprószył czas...

Ale jednak przyjaciele nie dali mi zapomnieć! Dziękuję za piękne fotografie i oczywiście niezapomniane wrażenia pełne radości i śmiechu...

Bardzo dziękuję za ciepłe przyjęcie w Studziance i pozdrawiam serdecznie Wszystkich!

A tak oto robiliśmy pierożki w stylu tatarskim...

Ach, łezka wzruszenia zagościła w mym oku...